Autor Wątek: Opowiadanie: RozPustka  (Przeczytany 1580 razy)

Offline sebetek14

  • Tiger Girl
  • *
  • Wiadomości: 5
Opowiadanie: RozPustka
« : Lipiec 05, 2011, 14:02:19 pm »
RozPustka


Dnia pewnego, gdy Panpierwszy siedział na zydelku przed swoją chatką, artykułując myśli dla samego faktu ich artykułowania, a może po prostu dla zabicia czasu,
usłyszał głos, dobiegał z drugiej strony chatki jak mniemał. Powolnym, -lekko zaniepokojony przerwą w artykulacji-, ruchem niezdarnie wstał z zydla. Czynność ta
okazała się tak nadspodziewanie męcząca, że w nadmiarze ponurych myśli, nasz panpierwszy, postanowił źródło owego nieporządanego dźwięku uciszyć, -tak - pomyślał,
-cóż to będzie za satysfakcja, czysty akt barbarzyńskiego zniszczenia. Wziąwszy pierwszy lepszy tępy przedmiot, bezzwłocznie, aczkolwiek krokiem miarowym i dostojnym
udał się, panpierwszy, na drugą stronę chatki.

Z szewską pasją dzierżąc tępy przedmiot, którego nazwy teraz nie mógł, a nawet i nie chciał sobie przypominać, panpierwszy stanął. Stanął po drugiej stronie chatki i
zadumał się, zdarzało mu się dość często lecz w przypływie prymitywnej złości, której przed chwilą doświadczył, trochę się temu zdziwił. Jeszcze większym powodem do
zdziwienia okazało się być źródło nieznośnego głosu. Dosłownie uderzając się otwartą dłonią w czoło, panpierwszy, z odrobiną politowania dla samego siebie nie mógł
się nadziwić jakim sposobem mógł nie poznać tego dźwięku.

-Kotek.-mruknął panpierwszy,-a niech to! skąd, do stu emaliowanych zydelków wziął sie tu ten kot?-zapytał retorycznie. Odpowiedź była oczywista, zmyślna kocica,
zdając sobie sprawę, że nie zapewni potomkowi, bądź też potomkini, (tego, panpierwszy, jeszcze nie sprawdził, acz niezmiernie go to ciekawiło), nawet i
spartańskich warunków do przetrwania postanowiła, za głosem kobieco-kociego instynktu, pozostawić malucha koło pierwszego lepszego miejsca, w którym to warunki te
hipotetycznie mogą zostać zapewnione. Hipotetycznie.

Panpierwszy, drodzy czytacze, jest człowiekiem coniemiara wrażliwym i empatycznym, przynajmniej, takie ma o sobie zdanie. Na nieszczęście obiektów empatii i wrażliwości
nasz bohater jest równie wielce, a może i nawet bardziej, leniwy. - Lenistwo to największa zaraza ludzkości- zwykł stwierdzać panpierwszy, po czym z reguły dodawał:
-milszej zarazy w życiu nie spotkałem. Tak też żartobliwie tłumaczył swoją miłość do nicnierobienia, wmawiał sobie, że jeśli to miłe, to go uszczęśliwia. Wracając do
sprawy milusińskiego, tudzież milusińskiej leżącego, tudzież leżącej w banalnie zielonej trawie, która to żółknąć nie chciała, a przecież powinna(!), jako że mamy już
późną jesień, wracając do sprawy niechcianego ssaka...

Odłożywszy tępy przedmiot, który okazał się niczym innym, niż przystarzałą łopatą, pokrytą rdzą,- tak rozlegle że gdyby trafił na jeża bądź pancernika to ów jeż bądź pancernik,
wbrew wszelkim prawom ewolucji, wyśmiał by go niepodważalnie - pan pierwszy podniósł z ziemi kijek i w krzywej parodii ciekawskiego dziecka, dźgnął delikatne maleństwó,
które to, jakże niespodziewanie(!), zaczęło zawodzić potrzykroć intensywniej. Mężczyzna w przypływie uszczypliwości nie pomyślał o konsekwencji swojego prześmiewczego
zachowania, toteż teraz jego receptory słuchu, odbierały tak drażniące impulsy, że ten, bezwiednie przyłożył dłonie do uszu, jednocześnie krzycząc,-Zamliczże! Ciiicho!.
Ta kanonada irracjonalnych zachowań okazała sie paradoksalnie skuteczna, krzycząc w sposób dość normatywny niczego nie wskórał, to prawda, ale zatykając uszy, bezwolnie
sprawił że krzyczał głośniej, jako że po prostu, sam chciał się usłyszeć.

Zamilkł, tudzież zamilkła, ku niezmierzonej uldze naszego bohatera. Następnym ruchem, w tej groteskowej partii szachów -notabene, rozgrywanej z małym
kotkiem- było sprawdzenie płci. Intrygowało go to, nie dlatego że był skrzywionym przez samotność zoofilem, ale dlatego że chciał się dowiedzieć z czym ma doczynienia.- Jeśli to kot
to pal licho, przyjmę, wykarmie, puszczę w siną dal, niech idzie i z wdzięczności nie wraca.- pomyślał. -Jeśli jednak kotka... o zgrozo!- myślał dalej. Warto wiedzieć,
że panpierwszy uwielbiał złożoność płci żeńskiej, nawet w tak prymitywnym(?) wydaniu jak kotka, uwielbiał, fascynował się tym, do granic rozsądku, czasami... czasami
nawet i dalej.

Wracając do stanu w którym to bicie serca i szum w uszach nie są uczuciami dominującymi, innymi słowy uspokajając się, panpierwszy, pochylił się. W tym, dokładnie,
w tym momencie wiedział, wiedział że niezależnie od płci, niezależnie od, generalizując, wszystkiego, owe stworzenie żałosne, ową czystą rozpacz przyjmie i weźmie.
Do samotni. Wrażliwość panapierwszego wzięła górę, i to nie jakieś polskie Rysy, a cholerny nepalski Mt Everest. Pochyliwszy się, już z pocącymi sie oczyma, mężczyzna
wziął stworzenie i delikatnie odchylając ogon, niepewnie, z lekkim zażenowaniem popatrzył.

-Kotka...-zadumał się.-Chyba że mu jeszcze jaja nie wyrosły.-błyskawicznie przechodząc ze stanu wrażliwego uniesienia do rubasznego żartu, zaśmiał sie do siebie...
rubasznie, a jakże. -cóż, przyjmę, wykarmię, uchowam, oby udało się na tym poprzestać. Oby - słuchajcie tego bogowie- myślał dalej, zaśmiewawszy się z trzyzgłoskowej
modlitwy.

Tuląc kruchotę do wątłej piersi, panpierwszy szedł wracając tą samą drogą, którą to parę minut wcześniej miarowo stąpał z dziką nienawiścią w oczach. Kotka, słysząc bicie serca, czując
ciepło istoty żywej, uspokoiła się. Na całe szczęście jako osobnik niedojrzały, kotka pazurów nie miała, z czego też panpierwszy skrycie się cieszył, jako że wiedział,
iż koty mają paskudną tendencje do wbijania pazurów w to co sprawia im przyjemność. Na tą chwilę był z tego niezmiernie rad. Przechodząc koło zydelka stojącego
nieopodal chatki, jak i również starego dębu, -który to rósł od czasów gdy pomysł silnika parowego dopiero co zalęgał się w głowie jego wynalazcy- spojrzał, panpierwszy,
w górę, na niebo.

Niebo okazało się być pochmurne, ni mniej ni więcej, przeciętnie, szaro pochmurne. Zabrawszy kotkę do chatki, która to składała sie z dwóch pokojów, kuchni i łazienki
panpierwszy zaczął szukać odpowiedniego miejsca w którym to mógłby urządzić coś w rodzaju legowiska dla swojej kotki. Wszystkie jego ruchy, pod wpływem uniesienia,
wynikającego z wrażliwości były automatyczne, trochę jak robot - bezmyślnie, bezwolnie: zdejmij buty, odstaw kota, pójdź po karton w którym umieścisz kota, postaw w kącie
mniejszego pokoju karton, zdobądź mleko, nakarm kotkę. Gdy po wykonaniu wszystkich wyżej wymienionych czynności, panpierwszy, ocknął się jakby z lekkiego transu,
zaklął, zaklął dość niewybrednie i pomyślał, -cholera! pół godziny z kotką, a ta już, bądź co bądź, nieświadomie, ale otępia mnie i zniewala, jak tak dalej pójdzie to
się zatracę. Muszę się zdystansować, tak, bezwarunkowo. Spojrzał na kota leżącego niezdarnie na środku pokoju, podniósł go szorstko i wsadził do przygotowanego wcześniej
kartonu. Wyszedł.

Panpierwszy w chwilach niepewności siadał na zydelku. Odprężało go to, być może przez potęge stojącego nieopodal dębu czuł się też bezpieczny. Gdy tak siadywał na zydelku,
zwykł myśleć, z reguły rozmyślał o tym co go w danej chwili otacza, tym razem - co powinno być oczywiste - myślał o kotce, która już - nie czując bliskości innej istoty-
zaczynała swój maraton płaczu i żali. Ignorował to, starał sie - przynajmniej. Nie chciał sie od niej uzależnić, nie chciał być na każde jej zawołanie, nie chciał żeby
owinęła go sobie wokół jej ślicznego, kociego palucha. Siedział tak przez godzin parę, w tym czasie, jak się okazało, kotka nie próżnowała. Tak, próżniować nie próżniowała,
za to opróżnianie szło jej dość łatwo i lekko, chyba zbyt łatwo i zbyt lekko. Chyba się przytruła.

Poszdedl, panpierwszy, do kartonu w małym pokoju, w którym to nie było w zasadzie żadnych mebli, a tylko dywanik z wydzierganym słoneczkiem na środku, który leżał... na
środku. Pokój był pusty, był ponury, szare ściany dodatkowo sprawiały że pokój wydawał się być pokojem nikogo. Obskurny pokój człowieka wypranego z wszystkiego.
Takie oto sprawiał wrażenie. Atmosfera pokoju udzielała się już w zasadzie tylko kotce, która to zaczęła lamentować nieustannie, na panapierwszego pokój wpływu już nie miał.
Przesiąkł tym. Już dawno. Mężczyzna w przypływie współczucia wziął- a przecież nie powinien! - kotkę, zbliżył ją do siebie i utulił. Zasnęła.

Przez pierwsze dwa miesiące dni mijały jakby chciały na siłe skopiować wartość atmosfery w małym pokoju. Było szaro, ponuro i nudno. Panpierwszy zajmował się dojeniem
krowy, która od tak pojawiła się pare dni po tym jak przygarnął kota, nie przywiązywał się do krów, nie lubil ich, ale dawały mleko. Inną dziwną rzeczą było pojawienie
się, ni stąd ni z owąd, supermarketu, też pojawił się od tak! dziwne, prawda czytacze? To jeszcze nie wszystko! Pewnego szarego, ponurego, panpierwszy znalazł pieniądze,
dużo pieniędzy. Wystarczająco by godnie przeżyć całe zycie, bez luksusów, ale jednak. Takim oto sposobem rozwiązany został przyziemny problem przyziemnych pytań
brzmiących: skąd pieniądze na jedzenie? skąd panpierwszy kupował owo jedzenie? jeśli nie pracował to skąd miał te pieniądze? Tak, wszystko obraca się w okół pieniędzy.

Dni mijały dalej i nadal. Bez przerwy wytchnienia, doba za dobą, czas leciał, leciał, kotka urosła, stała sie dorosłą kocicą. Panpierwszy nadał jej imię: Zuza.
Imię rodem z telenoweli, którą to panpierwszy czasem oglądał, w telewizorze. W telewizorze który także pojawił się od tak. Choć w zasadzie mógł go przecież kupić w
supermarkecie. Zima już dogorywała, ostatnie tchnienie wydała wraz z siarczystym mrozem połączonym z wichurą pod koniec lutego. Tak oto odeszła. Na razie zima.

Zaczęła sie wiosna, natura budziła się do życia i takie tam. Gdy panpierwszy miał budzenia się do życia dość, brał zydelek i szedł do małego pokoju, który był ponury,
jak zawsze. Zuza zachowywała się dziwnie, nawet jak na kota, pal licho fakt że zaczynała znikać na kilka dni, bez sło.. bez miauku, nie chciała jeść, zawsze jadła dużo.
Zaniepokojony panpierwszy odkrył że znika regularnie, raz w tygodniu, na cztery dni. Zadumał się mocno, panpierwszy, a odkrywszy że Zuza go rozumie,- wbrew wszelkim
prawom logiki, kot go rozumiał- zaczął do niej mówić. Monolog za monologiem, ona słuchała, trzy dni w tygodniu, po czym znikała, niewiadomo gdzie, niewiadomo po co.

Po kilkunastu takich cyklach, panpierwszy zatroskał się srogo, popadł w depresję, - nie jakieś polskie Żuławy Wiślane, a cholerną Holandię, tak wielką!- w desperackim
akcie nieufności, mężczyzna postanowił śledzić Zuzę, ta natomiast, klucząc okropecznie, nie była łatwym obiektem do śledzenia. -Dla chcącego, nic trudnego!-pomyślał
banalnie panpierwszy. Wytrwale dążył, drążył by odkryć jej sekret. Szedł, szedł, aż doszedł... gdyby przeszło mu choć przez myśl, że zastanie coś takiego, to zapewne
nigdy nie podjąłby się tej 'wędrówki'.

Śledziwszy kotkę przez godzin wiele, zawędrował bohater nasz do gospody. Zwykłej, nadzwyczajnej, niczym nie wyróżniającej się gospody. W gospodzie tej urzędował gospodarz,
a może raczej pandrugi, jak winien go odtąd nazywać. widział panpierwszy jak Zuza podchodzi do panadrugiego i mile łasi się o jego nogę, ten odwdzięczył się niemniej miłym
aktem pieszczoty. Panpierwszy wiedział już to co wiedzieć chciał, wpadłszy w furię wrócił do swojej chatki.

Cztery dni później. Mężczyzna siedzi na ulubionym zydelku nieopodal potężnego dębu. Czeka. Przychodzi Zuza, wie że coś jest nie tak, widzi, że panpierwszy promieniuje ślepą
złością, podchodzi więc bardziej asekuracyjnie niż zwykle, w tym momencie jej uszy słyszą ostatni monolog jaki wypowie do niej panpierwszy. Brzmi dość ordynarnie:
'Wyp***dalaj kocie! Wredoty pomiocie!' Bierze tą samą łopatę którą niemal rok temu chciał zniszczyć źródło frustrującego dźwięku i przegania Zuze. Zostaje sam.

Krowa, supermarket i pieniądze znikają. Zuza wraca jeszcze jeden, ostatni raz, jednakże panpierwszy nie jest jej w stanie zaoferować nic więcej niż tylko... ochłapy.
Zuza odchodzi, na zawsze.

Panpierwszy czuje roz..., nie, nie. Czuje już tylko pustkę.

 

Shoutbox